Bez kategorii, lifestyle

white plate

 

Pamiętam jak dziś, to było kilka lat temu, środek tygodnia,
godzina wcześniej niż wczesna. Ja, wpakowana do tramwaju jak ta przysłowiowa
sardynka, z notatkami w zmarzniętej dłoni i silną ochotą na kawę lub sen. W
okolicy Przybyszewskiego po prawej stronie wisiała wielka, piękna fotografia z
jedzeniem i adresem bloga. Nie pamiętam co było na zdjęciu, wszak moje
zainteresowanie kuchnią ograniczało się do nieregularnego smażenia niezbyt
satysfakcjonujących naleśników, ale już sama fotografia była pięknym
zaproszeniem by po cichu wskoczyć w ten tajemniczy świat, świat whiteplate.blogspot.com.
Blog Elizki był i jest dla mnie polskim numerem jeden.
To jedyny polski blog, który konsekwentnie od lat odwiedzam, na którym nauczyłam
się gotować dla chłopaków w Holandii, blog który trochę mnie ukształtował i
wpłynął na mój kulinarny gust. Choć chyba nigdy nie skomentowałam nawet żadnego
z jej wpisów, czułam z nią bliskość. To jest ten rodzaj „więzi”, który sprawia
że spotykając ukochaną aktorkę ulubionego serialu, czujemy że jest nam jakaś
bliższa, „bo to przecież Pani Madzia”. Tym bardziej czułam się niezręcznie, gdy
na spotkaniu promującym jej nową książkę stanęłam z nią oko w oko – ja, zupełnie
obca dla niej – ona, tak bardzo mi bliska.

Eliza Mórawska na żywo jest dokładnie taka, jak ją sobie
wyobraziłam – krucha, jasnowłosa, bardzo ciepła, ciekawa, „kompletna”, nawet
jej głos brzmi dokładnie tak jak myślałam. Była skromna, trochę stremowana, jakby
nie potrafiła uwierzyć w to, że całe to zamieszanie jest na jej cześć. W
wyobraźni nie potrafię jej połączyć z nerwami – oaza spokoju, totalnie opanowana.
Opowiadała o swoich wspomnieniach i planach, o pisaniu książki, podróżach, blogu,
drodze prób i błędów
w kuchni, a wszystko to było fascynujące, choć dla wiernej
czytelniczki bloga trochę nudne – nie dowiedziałam się chyba niczego nowego. Gdy
teraz słucham Chilli Zet, dociera do mnie, że Eliza Mórawska jest jedyną osobą
w moim życiu, którą poprosiłam o autograf – co zresztą zawsze dotychczas wydawało
mi się do bólu głupie i niepotrzebne. Mam nadzieję, że dedykacja pozostawiona w
„Słodkich” będzie pewnego rodzaju czterolistną koniczyną na szczęście, a raczej
na wytrwałość, gdy kolejne arcytrudne dzieło w kuchni mi nie wyjdzie. Już dziś
przyniosła mi natchnienie i siłę – wracam do gry! Kończąc ten totalnie pompatyczny,
sztampowy, wpis – Elizo, dziękuję. I życzę szczęścia.. i siły by codziennie je
doceniać.
Wszystkiego dobrego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *