lifestyle

podsumowanie roku 2017

Grudzień 2016

Siedzę w domu, piję czarną kawę. Mieszkam w Poznaniu, mam dość poukładane życie, stałą pracę, od dawna te same pasje. Lubię je, to swoje życie. Kawalerkę, która ma dwadzieścia pięć metrów, boks, który oglądam każdego dnia, koleżanki, z którymi każda impreza kończy się nad ranem i kolegów, którzy codziennie wpadają na ćmiczka. Jestem sama, choć na szczęście nie samotna. No, może w święta, gdy po cudownej Wigilii, wracam w nocy do pustego mieszkania bez choinki. Zarzekam się, że związki nie są dla mnie. Nie umawiam się na randki. Kibicuję szczęśliwym parom, ale wiem, że napotkanie takiej, graniczy z coraz większym cudem. Wszystko jest ok, ale czegoś mi brakuje. Może po prostu kolejnej zmiany.

Grudzień 2017

Siedzę w domu, piję czarną kawę… i to tyle jeśli chodzi o analogię.

W styczniu wpadam na szalony pomysł przeprowadzki do Warszawy. W lutym zapakowana w milion kartonów, jadę. Do Warszawy dojeżdżam z poznaną dzień wcześniej Magdą. o 15 umawiam się na oglądanie wybranego przez internet mieszkania. Jeśli nie przypasujemy sobie z właścicielką, klapa. Ta na szczęście okazuje się wspaniała, mieszkanie również. Wieczorem wpada znajomy, by pomóc mi z kartonami. Siedzimy do rana, a ja zakochuję się w nim jak dziecko.

W marcu opowiadam o swoich pasjach na spotkaniu cyklu “Kobieta Warta Poznania” i sama siebie próbuję zainspirować do kolejnych działań. Dostaję kolejną, fajną pracę, zaczynam chodzić na pole dance, jeżdżę na warsztaty kulinarne, zwiedzam miasto, chodzę na randki. Czuję, że żyję, choć pierwsze od lat zauroczenie, odbiera mi rozum i paraliżuje moje działania aż nadto, ale cholera, kiedy być sparaliżowanym, jeśli właśnie nie teraz?

Choć pierwsze pół roku w Warszawie jest wspaniałe, kolejne miesiące są różne. W sierpniu łapie mnie infekcja oka (!!!), z którą walczę przez kolejne miesiące. Choć to “tylko” oko, bywam tygodniami wyłączona z życia. Ilekroć cieszę się, że przechodzi i, że już po wszystkim, tylekroć na drugi dzień moje oko znów wygląda jak u Lebiediewa po starciu z Jonesem (klik klik). W między czasie krystalizują się wielkie plany na 2018 i nagle okazuje się, że nadchodzi kilkumiesięczna próba wielkiej mobilizacji, mojej wytrwałości i radzenia sobie z nieco trudniejszą sytuacją. Widzę na kim można polegać, a kto tylko takiego udawał. Ale radzę sobie. A nawet sobie radzimy.

Świąteczna atmosfera pomaga mi się odprężyć. Wieszam bombki na suficie, ubieram choinkę. Uśmiecham się. Patrzę na ten rok, widzę ile się zmieniło, widzę jak wiele przeżyłam. Ten czas był dla mnie piękną lekcją pokory i kolejną lekcją radzenia sobie w trudnych sytuacjach. 2018 zapowiada się lekko i przyjemnie, mam więc na ten rok mnóstwo planów. Publiczna, coroczna spowiedź? Nie tym razem. Jeśli ktoś czytał zeszłoroczne plany, to i tak wie, co spieprzyłam. Planowanie kolejnego roku? Tylko w głowie. Niech żyje spontan i piękne decyzje. Bozia i tak wie, co będzie dla nas najlepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *