lifestyle

Mam na imię Marta. Mam 30 lat.

Mam trzydzieści lat i dla wielu jestem chodzącą porażką. Trzy dychy; bez męża, bez dzieci i bez poczucia wstydu, że oto jestem “starą i bezdzietną”. Ostatnio usłyszałam: “eh, Marta, zawsze, gdy pytam o Wasze poważne plany, mówisz, że przyjdzie na to czas” (w domyśle słyszałam też lekkie kpienie, no ale).  Faktycznie. Żyję w niepoważnym związku, w którym czasem się kłócimy (ah, jak delikatnie), ale też wspólnie trenujemy, chodzimy na romantyczne randki, wspieramy się, motywujemy, rozmawiamy godzinami, lubimy się i nie odbieramy sobie prawa do życia poza związkiem. O właśnie, to mój mały sukces. W przeciwieństwie do wielu rówieśniczek, mam życie poza związkiem. Niby trzy dychy, więc już nie powinnam być taka niepoważna, ale zamiast gnić w domu i marzyć o białej sukni i obsikanych pieluchach, zakładam szorty i chodzę na treningi. I na kawę z koleżankami. I na balkon z książką. I na boks w sobotnie wieczory też. No, ale. Ciągle słyszę, że coś powinnam, a czegoś mi nie wypada. Nie wiem kto był na tyle odważny, by postawić mi tę granicę, ale niepotrzebnie się łudził, że jej nie przekroczę.

urodziny

Patrzę w lustro i widzę fajną babkę. Dziewczynę, która jak na swój wiek ma spore doświadczenie i morze wspomnień. Dobrze wygląda, ubiera się nie tak najgorzej. Ma wspaniałą rodzinę, niejedną, fajną pracę z jeszcze fajniejszym szefostwem, sporo lepszych i gorszych znajomych, bloga, ambicje, pasje. Widzę upartą babkę. Dziewczynę, która w wieku piętnastu lat postanowiła projektować ciuszki i nim dobiła do szesnastych urodzin, wystawiała swoją kolekcję na międzynarodowych targach. Dziewczynę, która z dnia na dzień przeprowadziła się do Krakowa, by przeżyć wielką przygodę i poczuć czym jest dorosłość. Dziewczynę, która postanowiła, że przebiegnie półmaraton i w tym samym roku zdobyła Koronę Polskich Półmaratonów. Dziewczynę, która dostała pracę w holenderskiej firmie, choć znała raptem czterdzieści holenderskich słów.

Lubię siebie. Lubię się budzić powoli, pić zieloną herbatę, sprawdzać jednym okiem na telefonie cóż tam w pracy. Śpiewać z Ellą Fitzgerald “Blue Skies”, gdy nikt nie słyszy i denerwować się podczas oglądania bokserskich walk. Lubię swoje pośladki, czarną kawę, jajecznicę z boczkiem i wywiady ze Zbigniewem Bońkiem.

Czy czegoś w życiu żałuję? Pewnie tego, że nie byłam na weselu mojej paryskiej Kasi, gdy wychodziła w Krakowie za mąż. Może tego, że wyrzuciłam do śmieci piękną torebkę Marca Jacobsa, zamiast oddać ją do kaletnika 😉 No i tego, że nie przyniosłam dziadkowi do szpitala szklanki piwa, gdy na dwa dni przed śmiercią mnie o to poprosił.

Co dalej? Pożyjemy, zobaczymy. Trzydzieści lat nie minęło, jak jeden dzień. To była w gruncie rzeczy piękna przygoda i mam nadzieję, że co najmniej druga taka przede mną. Krzysztof Stern powiedział mi ostatnio: “dziś jest tak, jutro może być zupełnie inaczej, jutro życie może się skończyć”, więc jeśli przypadkiem jutro miałabym pójść na kawę do Bozi, to jeszcze raz ciepło oświadczam, że to było naprawdę fajne życie, podłym wybaczam, wszystkich ściskam i przypominam, że na pogrzebie macie mi puścić “Non, je ne regrette rien” Edith Piaf, a zamiast wieńców z kwiatami, chcę widzieć, jak kupujecie sobie kupony totolotka. Buziaki!

1 thought on “Mam na imię Marta. Mam 30 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *