odchudzanie, slider

Metamorfoza, dzień trzeci

Metamorfoza, dzień trzeci.

Schudłam 4 kilo. Żartuję. Nie schudłam ani grama. To znaczy nie wiem, bo na szczęście nie mam w domu wagi, ale jakby tak spojrzeć na ciuchy, to ani rusz i raczej rosnę niż się kurczę. Fuck. Przed chwilą byłam w H&M’ie. Wyprzedaże, podeptane ciuchy z ziemi, bluzki za dychę, których nigdy się nie założy i spodnie nieco za małe, bo przecież “schudnę i będą ok”- która z nas nie uprawia tego sportu, którym jest bieganie na ciuchy z wielkim napisem SALE? Na wieszaku znalazłam boski kombinezon. B O S K I. Dokładnie taki, jakiego szukałam na nadchodzące wesele (bo wiecie, zostaliśmy zaproszeni, a ja niestety nie wchodzę w ŻADNĄ ze swoich kiecek, a nawet jeśli, w którąś wejdę to wyglądam jak nieodpakowana szynka w sznurkach, ta taka, co z nią w koszyczkach do święconki  śmigamy). No i mam ten kombinezon, piękny, przepiękny i gdy już się w nim zakochałam, widzę taki oto boski numerek na tekturce… “32”. Kumacie? Rozmiar 32! Przez chwilę się zastanawiam kto ma to niby włożyć. Przez drugą przypominam sobie, że jeszcze na studiach, to tak i owszem, to byłam ja. Przez trzecią nienawidzę wszystkich lasek, które w to wejdą. Poddaję się. Obrażona wychodzę ze sklepu. Idę do Empiku, kupuję Szafrańskiego. Uff, Szaffi jest mądry, Szaffi poprawi mi humor. Swoją drogą przeczytałam ostatnio kilka dobrych książek, które trzymają mnie przy życiu lub też przy humorze. Opisze je Wam za kilka dni, bo odzew po pierwszym wpisie mojej metamorfozy jest tak duży, że wiem, że i Wam się przyda.

Metamorfoza, dzień trzeci

Znacie ten mem?

Oto ja. Wypisz wymaluj.Wielkie me szczęście, że Hubert to najspokojniejszy człowiek świata, bo inaczej, cóż, po prostu by mnie zabił. Chociaż ostatnio ten mem, to trochę też On. Albo moje humory mu się udzielają, albo też powinien się zbadać. Tak się kochamy i nienawidzimy jednocześnie. Znacie to? Mam nadzieję, bo jeśli nie, to znaczy, że jestem świrnięta. Czasem mam wrażenie, że powinni mnie zamknąć w jakimś zakładzie. Może się tłumaczę swoim chorym stanem, ale serio, od kiedy coś ze mną nie tak, czuję się jak facet, który pijany jak bela, chce dać w mordę komuś, kto przed nim stoi. Nieważne kto. Nieważne za co. Ot tak po prostu, bez przyczyny i sensu. Poziom wściekłości 10. Poziom fochów 10. Poziom zmiennych nastrojów 10. Poziom zażenowania swoim zachowaniem 12. Takie tam uroki metamorfozy, samo życie.

Z pozytywów? Hmmm. Zrobiłam ostatnio fajną zupę. I zrobiłam do niej okropne zdjęcia. Bo tak szczerze, to blogerki mają przegwizdane. Przynoszą Ci szamkę w knajpie, ślinka cieknie Ci na sam widok, ale nie, nie ma szamania. Jeszcze ajfon, pstryk pstryk pstryk. Wstajemy, focia z góry, pstryk pstryk pstryk. Wszystko ok? Spoko, można jeść, jupijajej. Ojej, zimne. No i właśnie, tym razem wyjątek, bo krem paprykowy wyszedł mi taki dobry, żeśmy go wciągnęli szybciuteńko. Zostało dosłownie pół łyżki (no dobra, może trochę więcej), a na Instagramie męczyli, że Martunia podaj przepis, no to spoko, wzięłam michę na balkon i pstryk, a że więcej lamentu niż talentu, to takie właśnie mi wyszło to zdjęcie trochę nienajlepsze. Za to przepis super. Polecam. Nawet Hubert zjadł, mimo, że się teraz nie lubimy 🙂 Buzi buzi!

Metamorfoza, dzień trzeci

(Foto: Daria Sekula)

2 thoughts on “Metamorfoza, dzień trzeci

  1. Fajnie napisane ❤️Wytrwałości Martusia 🌹Moja żona schudła 10 kilo w 2 miesiące jedząc sałatki z samosolnych ogórków plus pomidory koktajlowe z oliwą kujawska( papryka ostra bazylia pomidor) to rano i wieczorem a na obiad mięso plus surówka 😉Ściskam i pozdrawiam 🍀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *