lifestyle, slider

Moje noce.

Pierwsza noc, alarm.

Okolice czwartej. Nie śpię, bo i po co. Nie można wyjść i pogadać, więc “siedzę na słuchawce”. Trochę nienawidzę rozmawiać przez telefon, ale im dłuższa rozmowa, tym mniej o tym pamiętam. Nagle komunikat. Nie wiem skąd. Usiadłam na pilocie? Nie, leży nietknięty. Ok, namierzam. Głośnik powieszony nad drzwiami. Zastanawiałam się czy to pochłaniacz dymu czy głośnik właśnie (bo niby po co ktoś miał mi go zainstalować w mieszkaniu), ale już wiem. Naparza tak głośno, że nie słyszę telefonicznego rozmówcy. Panika. Ja, kot. Nie wiem u kogo większa. Święty Boże, że nie spałam, bo zeszłabym na zawał. Coś tam o alarmach przeciwpożarowych i “prosimy nie reagować”. Słucham się grzecznie, choć nie mam w zwyczaju, “błagam, nie rozłączaj się, bo się boję”. Czekamy; ja, rozmówca i spanikowany kot.

Po pięciu minutach powtarzanych w kółko, tych samych komunikatów, słyszę kolejny. “Zakończyliśmy test” coś tam, coś tam. Ok, fajnie. Niech już wyłączą. Ale nie wyłączają i alarm wyje dalej. Szukam jakiejś piżamy, może dresu, czegoś co pozwoli mi wyjść i sprawdzić czy to tylko u mnie czy może wszędzie. Zjadę do ochrony. Wziąć ze sobą kota? “Zwariowałaś!”. No tak, chociaż on jest przytomny. Z drugiej strony… jeśli zejdę i okaże się, że jest pożar, nie pozwolą mi tu wrócić, nie mogę go tu zostawić. 10 minut kombinowania. Ubrana, schodzę. Tłum sąsiadów na recepcji. Średnia wieku ze trzydzieści lat. Coś się zepsuło, nikt nic nie wie. Wracam, mija kilkadziesiąt minut, naprawiają. Można iść spać. Szkoda, że zrobiła się piąta rano.

Noc druga, bezsenność.

Najpierw “53 wojny”, później program na Polsacie. Uśmiechnięty gość wybiera dziewczynę na randkę… Wybiera spośród sześciu nagich ciał. Eliminuje kolejne partnerki; “ta ma za szerokie stopy”, a ta “ma piękne sutki, ale niepewną postawę”. Stoją, kręcą się, trzęsą pośladkami. Prowadząca pyta co randkowicz sądzi o ich waginach, facet odpowiada jakby mówił o tym jakie lubi ciastka. Dziewczyny się cieszą. “Nie wybrał mnie, ale rozebrałam się w telewizji, więc nabrałam pewności siebie”. Gdyby głupota mogła biegać, zrobiłaby ultramaraton. Przełączam. Leci KSW z Narodowego. Mogłabym oglądać w kółko, mam wieczny niedosyt dobrych emocji i lubię wielkie widowiska. Mańkowski walczy z Khalidovem, przeżywam jakbym widziała to pierwszy raz. Mamed wygrywa, kibice przegrywają. Dość już, zniesmaczona wyłączam. Odsuwam zasłony, wschodzi piękne słońce, nagrywam ten widok na instastory, kładę się spać.

Pobudka, dzień trzeci.

Budzę się późno, bardzo późno. Nim zdążę wstać z łóżka, patrzę na telefon. Kilkadziesiąt powiadomień na Instagramie. “Oho, widok im się spodobał”. Nic bardziej mylnego. Kręcąc widok z okna, odbiłam się nago w szybie. Nie, że wszystko jak na dłoni, ale stałam całkiem nago, więc coś tam trochę jednak widać. “Piękny widok miała Warszawa z rana”. Parskam śmiechem ze swojej głupoty, płonę ze wstydu. W panice usuwam film, urażonych przepraszam, napalonych spławiam. Do końca dnia już głównie leżę. Robię olejowanie włosów, gotuję makaron, czytam Twardocha i Finansowego Ninję, oglądam głupoty w telewizji. Dochodzi czwarta nad ranem.

“Solidarni z rodakami, Włochami i całym światem! Bądźmy silni!” – widzę przez okno napis kręcący się na Warsaw Spire. Trochę mnie rozczula. Kończę grać w scrabble na “kurniku”, kot przychodzi sprawdzić co się dzieje. Nic się nie dzieje, pora spać. Myślę raz jeszcze o tym przesłaniu. Może tego nam teraz trzeba? Może trzeba nam otuchy? Nie wiem. Może jednak nie. Po prostu trochę rozsądku i mniej rodziców z dziećmi na placach zabaw. A może nie. Nie wiem. Dobrej nocy. I życzliwości!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *