lifestyle, slider

Czy Jezus pracowałby w Amwayu?

Po domu biegam w stroju kąpielowym. Tylko ja i wiecznie żywy Freddie Mercury, a przynajmniej przez chwilę tak mi się wydaje. Myję naczynia sprzed dwóch dni, czego nienawidzę robić najbardziej na świecie, ale mieszkam w kawalerce niewiele większej od pudełka po butach, więc zmywarkę musiałabym ustawić pod prysznicem.

___

Wczoraj miałam wstać późną nocą i pójść na ryby. To ten dzień, w którym miał się odbyć memoriał Zbyszka – pierwsze pośmiertne zawody mojego taty. Ale jest jak jest, heh. Wiadomo, wirus, jakieś beznadziejne ograniczenia i nic z tego. Zostań w domu, a jak już musisz iść do Lidla, w którym przebywa milion osób, koniecznie załóż maseczkę, od której wyjdą Ci pryszcze, nieważne.

___

Zastanawiam się czy Jezus pracowałby w Amwayu. Dziewczyny widzą we mnie potencjalnego handlowca, który chemię i zdrowe przekąski wciśnie każdemu. Bez żartów. Dostaję te propozycje codziennie, może nawet co godzinę lub dwie. Martunia, mam dla Ciebie pracę. Tiru riru. Bredzą. I nie ma, że powiesz, że owszem, pracujesz teraz mniej, ale nie siedzisz gapiąc się w sufit, dokształcasz się, czytasz, robisz kursy, albo chociaż grasz w literaki, dzięki czemu znasz sporo nieznanych wcześniej słów. Nie, masz cholera wykorzystać swój wyjątkowy potencjał i przekonać znajomych, by kupili od Ciebie coś, co pomoże Ci zarobić amwayowską wypłatę. Lekcja asertywności, dzień pierwszy.

___

Poranek w pracy. Siedzimy, rozmawiamy. Przede mną ona i on. Zakochani bez pamięci; nie pamiętają co ich połączyło. Tak przynajmniej wyglądają. Na pewno rozbija ich zmęczenie. Widzę to na jej twarzy, słyszę to w każdym zdaniu. Podkreśla przy każdej okazji, przypomina niczym wyrzut sumienia. Rozmawiamy o ich księgowej, tłumaczę im, że jakby trochę nawala. Ona mówi, że też to widzi. On wpada w lekko opanowany szał, zaczyna księgowej bronić zawzięcie. Ja siedzę obok, spokojnie słucham i chyba już wiem, że żona zmęczona, bo wykonuje za męża jego pracę, choć to on zostaje w niej po godzinach. W sprawach pilnych i najpilniejszych. Bo wiadomo, śmieci wynieść czasu nie ma, ale na księgową czas się znajdzie zawsze.

___

W piątki oglądam “Ślub od pierwszego wejrzenia”. Nigdy nie należałam do teamu “kup mi wreszcie pierścionek”, bliżej mi do uciekającej panny młodej. Patrzę jednak na gościa w okularach i boksującą dziewczynę i po cichu kibicuję. Uwielbiam taką dobrą energię, wzrusza mnie do łez. Gdybym wiedziała, że w programie chodzi tylko o dobranie ukochanych w pary, od razu wzięłabym udział. A, że wiem, że nie tylko uczucie, ale i oglądalność musi się zgadzać, to sobie zostanę, gdzie jestem. Za kilka lat skończę w “Sanatorium miłości” i też będzie fajnie.

___

No ale Marta, spoko, spoko, ale dlaczego tak na tym blogu smutno? Masz depresję? Im częściej pojawia się to pytanie, tym częściej zastawiam się czy aby czegoś nie przeoczyłam. Ale nie. Nie wiem. To jest wiem, że depresji nie mam. Mam raczej święty spokój. Po dwóch mocnych latach tego mi było trzeba. Nie uśmiechu. Spokoju, czasu dla siebie. Czasu, który sama sobie zabrałam i oddałam wszystkim wokół. Ale tak, śmiech jest ważny, więc czasem śmieję się do łez. Abelard na przykład potrafi mnie rozbawić. Ale teraz już Bozia zapaliła z naszej strony światło, więc zamiast się rozbawiać, po prostu się prześpię.

Miłości, radości i odwagi!

Buziak.

1 thought on “Czy Jezus pracowałby w Amwayu?

  1. Czasem po prostu trzeba się wyciszyć, odpocząć i relaksować się tą ciszą, cieszyć 🙂 Fajny wpis, za takie szczególnie dziękuję Ci. Bardzo mi się spodobał ten Twój naturalny dzień. Pozdrawiam ciepło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *