moja metamorfoza

Odchudzanie przy insulinooporności – taa…

Jest taki producent spodni, szyjący dżinsy, w których każde pośladki wyglądają jak te, warte grube miliony, a że ostatnio czuję się raczej fatalniej niż fatalnie, to wrzucam je na tyłek i ruszam do biblioteki. Biały top, skórzane buty; przez chwilę czuję się super. A później na klatce spoglądam w lustro i już wiem, że coś poszło nie tak. Nie wyglądam w nich jak milion dolarów. Wyglądam w nich po prostu grubo.

Nie wiem ile można ględzić o dietach, ale przy szalejących hormonach i glukozie wystrzelonej w kosmos, te rozmowy zdają się nie mieć końca. Więc siedzę na stacji metra i przyglądam się moim nabitym nogom. I wiem, że akceptacja ponad wszystko, ale nie będę kłamać; czuję obrzydzenie. Ponad dwa tygodnie super ścisłej diety; zero alkoholu, zero słodyczy, zero białego makaronu, pieczywa, ryżu, strączków czy potraw z wysokim indeksem glikemicznym. Dwa tygodnie oddawania deserków z Cud i Miód znajomym, liczenia makro, pilnowania supli, treningów i oto sobie nic nie schudłam. To już męczące. Kto nie chorował, ten nie zrozumie.

Różnica między mną, walczącą z insulinoopornością oraz rozjechanymi hormonami, a zdrowymi ludźmi jest taka, że oni muszą trzymać ścisłą dietę, by schudnąć, a ja, by nie przytyć.

Najpierw mozolnie zrzucasz 20 kilo, a później Twój kortyzol uznaje, że sen jest stratą czasu, prolaktyna leci do nieba i pompuje w Twój biust kolejne centymetry płynu, glukoza uznaje, że możesz być na słodkim haju cały dzień, nawet nie jedząc słodyczy i oto cyk, sześć kilogramów w prezencie i nie śmiej płakać, bo łaskawie podrzuci następne.

Jestem tym wszystkim mocno zmęczona. Wracam obładowana z biblioteki i zahaczam o cukiernię. Mówię Szymkowi, który kontroluje moją dietę, że nie będę kłamać i że oto właśnie sięgam po tort bezowy. Że trochę smutek, trochę bezsilność, że wiem, że miałam iść rano na badania krwi, ale melatonina już na mnie nie działa i zasnęłam w okolicy poranka, gdy już nawet “Maja w ogrodzie” się zawinęła, więc i zaspałam na badania. Jem bezę, włączam Instagram, oglądam live, w którym Piotrek Jagiełło rozmawia z Wrzosikiem i… wyłączam, bo choć patrzą tylko w ekran, mam wrażenie graniczące z pewnością, że gapią się na moje ciastko, co przyprawia mnie o jeszcze większe wyrzuty sumienia.

Czy jeszcze kiedyś będzie normalnie?

Zastanawiam się co jeszcze mogę zrobić, by zrzucić to, co podrzuca mi rozchwiana gospodarka hormonalna i… co mogę zrobić, by po zrzuceniu ten stan utrzymać. Sześć kilogramów. Niby niewiele, ale mnie przerasta. A przecież to nie tylko kilogramy, ale szereg mniej lub bardziej wstydliwych objawów, które mi towarzyszą. Obraziłabym się na świat, bo jak to tak, taki jest niesprawiedliwy, ale to byłaby hipokryzja, bo dobrze pamiętam, że mogłam kiedyś jeść bez końca i nigdy nie przekraczałam 42 kilo.

Może to kara za grzechy, a może po siedmiu chudych latach, nastał czas siedmiu grubych? Całkiem bez sensu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *