lifestyle, slider

Budzę się nago, wczesnym wieczorem.

Budzę się nago, wczesnym wieczorem. Nie wiem jaki dziś dzień, nie wiem, że to wieczór. Czuję, że mam bardzo ciepłe uszy, jest mi niedobrze i niewiele brakuje, by mnie odcięło. W kubku czeka woda, na łóżku przyjemny koc, który oblepia moje nagie ciało. Gapi się kot.

Pojechałam dziś na Saską. Niewyspana, ale zawsze jestem niewyspana. To, tamto, wszystko ok. Trzech zwracających uwagę, wysokich mężczyzn. Jeden na górze trafił miejsce obok mnie. Miał ładne buty. Nigdy nie widziałam tu fajniejszego faceta.

Coś się psuje, widzę jak na skórze robi mi się wielki bąbel, zupełnie tak, jakby ktoś wlewał mi szampana i dmuchał słomką przez skórę. Pik pik, coś się zepsuło. Pani przydusi mocniej. Cisnę, ale czuję, że to wysiłek nie na moje siły. Dziwne. Lekko odlatuję, ale odlatuję często, więc nie zwracam uwagi. Ale mija moment i dziś jakoś inaczej. Oj, zaraz zaraz, ciemność widzę, ciemność. Senność czuję, senność. Miła Pani przepraszam, ale to chyba już.

Miła Pani zrywa ze mnie kombinezon. Dosłownie. Rozrywa mi go na klatce, dzwoni po pomoc. Dzień dobry ponownie, pani wypije lekarstwo, pani wypije coś tam coś tam, pani wypiję litr wody w siedemnaście sekund, uniesie Pani nogi, Pani, po co Pani ten koc, jest lipiec. Pani odsłoni nogi. Pani ściągnie maseczkę.

Przez trzynaście sekund zastanawiam się jak to jest, że ostatnio mam takie brzydkie nogi, a w tej pozycji wyglądają tak dobrze. A może mi się wydaje. Ale jakoś lepiej się czuję, czując, że obok piękny pan, że postawny, że jakoś tak bezpieczniej. Z drugiej niczym małe dziecko, które ze stresu zsikało się w majtki. Niczym nieuzasadnione poczucie winy. A przecież Marta, nic się nie stało.

Szybko do siebie dochodzę, pani zaczeka, pani zaczeka jeszcze dłużej, pani wypełni papiery, pani pójdzie na badania, pani posiedzi… pani nie wytrzyma i zwieje.

Na facebooku sami nie zawodni. Odzywają się cudowne koleżanki, przystojni koledzy. Martusia, kawa. Martusia, odwiozę. Martusia durna, przejdzie jeszcze trochę, sprawdzi czy się poprawi. Ok, poprawiło się, dziękuję, jesteś kochany, kochana, ale dam sobie radę. Pieprzona Zosia Samosia. Nigdy się nie nauczę, że korzystanie z pomocy to nie ujma.

Powrót zajmuje mi dwie godziny i dzisięć zdrowasiek, co bym błagam Jezusku wytrzymała i nie zeszła po drodze, bo na SORZE zwariuję, nienawidzę soru, nie wytrzymam, Boziu, no mówię Ci.

Wchodzę i padam na ziemię. Nie mdleję, ale nie wiem jak się na niej znalazłam. Rozbieram się do naga. Resztką sił pożeram śmieciowe jedzenie, usypiam. Budzę się nago, wczesnym wieczorem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *