lifestyle, slider

Kochanie zawsze ma rację.

Są takie dni, w których lepiej byłoby zostać w łóżku i się z niego nie wysuwać. Oto ten dzień. Budzę się niewyspana. Pół nocy debatowałam z Krzysiem o niefortunnych zauroczeniach, a o ósmej przyszli sprawdzić czy z klimatyzacją wszystko ok. Czuję się obrzydliwie. Dres, rozciągnięta szara bluzka i poczucie, że jedyne za czym dziś tęsknię, to za tym, by ktoś zrobił mi gorącą czekoladę i mocno mnie przytulił.

Od rana nie było nawet najgorzej. Dopiero później. 523. Jadę do lekarza. W autobusie siadam zaraz obok wejścia. Gość rozsiadł się jak u siebie i jest wyraźnie niezadowolony, że wpycham się na jedno z dwóch zajętych przez niego miejsc. Rozpycha się i przez chwile chcę mu zwrócić uwagę, ale jestem na to chyba zbyt leniwa. Przystanek, pierwszy, drugi, trzeci. Do mężczyzny obok dzwoni telefon. „Halo kochanie? Tak, przepraszam kochanie, wybacz mi kochanie, miałaś rację kochanie, zawsze masz rację kochanie”. Słucham i nie wierzę. Facet chyba nie wie, że słowem „kochanie” nie musi podkreślać znaków interpunkcyjnych. „Kochanie tak, jadę już. Czy dziś robimy obiad czy obiadokolacje kochanie? Dobrze kochanie. To w takim razie ja już sobie dzisiaj niczego nie kupię kochanie i nie zjem kochanie, poczekam aż się zobaczymy kochanie”. Odruch wymiotny. Normalnie pomyślałabym, że zdradza. Ci co nadużywają „kochanie” i „rodzina jest najważniejsza”, najczęściej mają stos kochanek na boku. Ten nie ma takich na pewno. Siedzi otyły, zaniedbany, w bojówkach, bez jaj. Jego głos brzmi tak, jakby „kochanie” tłukło go najmocniej. Fizycznie, emocjonalnie, jakkolwiek. Robi mi się żal. Przesuwam się, by miał więcej przestrzeni, spoglądam ze współczuciem, ale nie patrzy. Jestem pewna, że gdyby tylko odważył się spotkać, „kochanie” wyskoczyłoby zza pazuchy i zrobiło solidną awanturę. 

Wysiadam. Przed deszczem uciekam do lekarza i przeżywam niezbyt przyjemne 80 minut bólu. Wracam przepotężnie rozdrażniona, dopada mnie deszcz. Włosy wyglądają jakby je ktoś wypluł, makijaż po wizycie u lekarza również zachowuje się tak, jakby zapomniał się pojawić. Po drodze kupuję arbuza, modlę się o to, by nikogo nie spotkać. Docieram do domu, kładę się, czytam “Zorkownię”, trochę płaczę, a trochę pluję krwią po zabiegu. Zawsze chwalę sobie singielstwo, ale dziś nikt by się za mną nawet nie odwrócił. Dziś, gdy akurat tego potrzebuję. Czuję się strasznie, myślę, że gorzej być nie może. Jojczę w kółko, że “ojej, jestem taka nieszczęśliwa”. Już prawie tupię nóżkami, gdy czytam: “Nie żyje 2-letnia dziewczynka. Ojciec potrącił ją cofając autem. Był trzeźwy”. Ja również trzeźwieję. Wstyd mi za moje chimery. Prawdziwe tragedie odwiedziły dziś inny adres.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *