moja metamorfoza, slider

Guz? Poważnie brzmi.

Czwartek, 06.08.2020

Rocznica śmierci dziadka, od rana nostalgicznie. Jutro badania. Jeśli wyjdą zbyt dobre, znaczy, że ostatnio padam jak mucha (klik klik) z innego powodu niż zwykle. Wkręcam sobie, że jeśli nie to, to mam raka mózgu, trochę się śmieję, a trochę to olewam.

Piątek 07.08.2020, poranek.

“Byle nie zaspać”. Cud, udało się. Nie zaspałam. Pędzę na badania. Upał. Pięćset stopni na sto procent. Głowa spocona, nie wiem już czy przez temperaturę czy przez hormony. Czuję, że roztapiam się jak czekolada.

Gik, gik, plasterek, płatność, “następny”.

Piątek 07.08.2020, popołudnie.

Są wyniki. Fatalne. Pierwsze spojrzenie, “ok, czyli już wiem skąd omdlewanie“. Szybko zostaję swoim lekarzem, to nie guz mózgu, jupi, chłodzić szampany. Ale zaraz, zaraz, pomylili badania, zrobili coś zamiast czegoś, Google, sprawdzamy. Ok, ten wynik chyba jest ok. Piszę do Bartosza i Julii, dzwonię do mamy. “Mamo, luzik, w najgorszym wypadku problem z guzem w głowie. Ale luzik mamo, to tylko tak poważnie brzmi.– przysięgam, że wtedy naprawdę tak myślałam.

Piątek 08.08.2020, prawie wieczór.

Ugrzęzłam przed komputerem, zatopiona w Google. Nic się nie zgadza. Ten guz to jednak nie guz, który tylko tak poważnie brzmi, a guz nowotworowy, który na dodatek bywa złośliwy. Mam wszystkie objawy z wymienionych. Zaczynam szlochać. O rany, nie mogę umrzeć, nie teraz. O rany, rany, rany, jest mi tak źle, gdzie ten szampan, dajcie mi się upić. Odetnijcie mnie od Internetu, bo kolejne wieści chyba mnie wykończą. Szlocham bez końca.

Sobota 09.08.2020, dzień.

Od rana czekam jak na wyrok. Pani doktor, pani doktor, błagam, chcę już usłyszeć spokojny ton pani doktor, która powie “hej Martunia, luz, jest ok, coś tam poprawimy i będziesz zdrowa jak ryba“. Ale Pani doktor nie ma spokojnego tonu. Pani doktor mówi, że martwią ją te wyniki, a najbardziej ten, który zrobili mi przypadkowo. Pani Marto, odstawiamy leki, robimy kolejne badania, rezonans, zapraszam do szpitala. “Pani doktor, ale ja mam wtedy obóz”. “Pani Marto, to przed, koniecznie, zapraszam, 8:30, pierwszy budynek od lewej, taki, co wygląda jakby się już rozpadł. Za konsultację tym razem proszę mi nie płacić.

Sobota 09.08.2020, 15 minut po rozmowie.

Dzwonię do mamy. Szybko, szybciutko, zanim się rozbeczę. “Mamusiu luz, badanka jakieś, ale będzie ok“. I mamusia wierzy, albo przynajmniej udaje, że wierzy, ale chyba wierzy, bo mama lubi konkrety, a ja jej pięknie wylukrowałam konkret. Normalnie bym jej powiedziała jak jest i że boję się jak diabli, ale jak w listopadzie tata umierał, to do końca wierzyłyśmy, że z tego wyjdzie i nie wiem czy teraz nie ma za mało wiary w pozytywne zakończenia.

Sobota 09.08.2020, wieczór.

Wyję. Rany, nie mogę mieć nowotworu w głowie, nie mogę umrzeć, nie mogę tego zrobić mamie. Chcę wyjść na wódkę, ale nie mam siły. Płaczę, wyciszam się, płaczę, wyciszam się, płaczę, wrzucam coś na siebie, idę do sklepu. Kupuję wino i słodycze. Skoro choroba i tak nie pozwoli mi schudnąć, a insulinooporność mimo diety ciągle “rośnie”, korzystam. Winko jest pyszne. Analizuję czy powinnam, czy może jednak szkodzi. Ale wypijam prawie pół rozmawiając z Miłoszem.

Niedziela 10.08.2020, dzień mobilizacji.

Głowa boli, serce dygocze. Zastanawiam czy to kac czy może głowa mi zaraz pęknie. Czytałam coś o udarach przy guzach w głowie, ale czytałam niedokładnie, więc resztę sobie dopowiadam i jestem przerażona. Na śniadanie jem cztery grillowane plasterki boczku. Więcej nie dam rady. Jest mi szalenie smutno, ale staram się wziąć w garść.

Dzwonię do Anety. “Aneta, nietypowa sprawa, spiszę Ci wszystkie moje hasła, napiszę co w razie czego trzeba zrobić, co komu przekazać, gdzie dokumenty i takie tam.” “Jasne, ale ostrzegam, że biorę tę kopertę tylko po to, by Ci ją zaraz oddać.”

Wiem, że najprawdopodobniej wcale teraz nie umrę. Nawet jeśli to nowotwór, to nowotwór nie oznacza, że hej hej, nadchodzi nagła śmierć. No i wiem już, że nowotwór to nie rak (pewnie jestem głąbem, ale nie wiedziałam). Może nawet przesadzam, niepotrzebnie się nakręcam. Ale pamiętam, że jak w zeszłym roku tata szedł do szpitala, to też było stabilnie, a po pięciu tygodniach pił już kawę z Bozią. Więc lepiej na wszelki wypadek chuchać na zimne i ogarnąć co trzeba przed szpitalem.

Niedziela, 10.08.2020, popołudnie.

Wracam do tekstu “32 razy bym chciała“, zastanawiam się czy jest coś, co w razie czego koniecznie chciałabym zrobić przed śmiercią. Punkt piąty “wyleczyć się“. Heheszki. Punkt trzydziesty drugi: “No i żeby na moim pogrzebie grali “Non, je ne regrette rien” Edith Piaf, tego bym chciała. Wiadomo!” – ale sobie cholera wymarzyłam, hu hu.

Przez resztę dnia rozmyślam, analizuję, ale nic pilnego nie przychodzi mi do głowy. Może tylko napisać sobie piękną mowę na pogrzeb, tak na wszelki wypadek. Tylko kto miałby ją przeczytać? Hmmmm. Długo myślę, ale nikt nie przychodzi mi do głowy. Może Robert? Potrafi skomentować mecz i przy tym trzeźwo myśleć, ma ładny głos i dobrze wygląda w garniturze, nadałby się. Ostatnie zlecenie z agencji, heheszki. Ciekawe czy zrobi gratis.

Niedziela, 10.08.2020, wieczór.

Pisze do mnie mój były, Krzyś. “Martuś, co się dzieje? Spokojnie, nie myśl na zapas. Pomodlę się.” Zawsze mówił: “mniej wiesz, lepiej śpisz” – szkoda, że nie pamiętałam o tym, gdy szłam na badania.

Podśmiechuję się pod nosem, że co jak co, ale byli partnerzy to mi się udali. Wszyscy cudowni, wszyscy z klasą. Oh i ah.

Z perspektywy czasu myślę, że to całe szczęście, że M. dał mi kosza, bo jakbym miała z kimś teraz randkować i powiedzieć mu te wszystkie zdrowotne rewelacje, to chyba nie zapamiętałby mnie jako wygraną na loterii, a życiowy niefart. Hubert z kolei mówi, że trzeba trochę egoistycznie, że gdybym była teraz w związku, miałby mi kto podać w nocy herbatę i postawić mnie do pionu.

Poniedziałek, 11.08.2020

Działam, pracuję jak zwykle, prawie nie płaczę. Wieczorem rozmawiam z Michałem, przyznaję co się dzieje. Wiem, że jemu mogę, bo ma “moje” poczucie humoru i nie będzie jojczył. Złoty strzał. “Twoje umieranie mi nie na rękę, poza tym przy raku się podobno zajebiście chudnie, więc nie ma tego złego“. Śmieję się przez dziesięć minut.

Środa, 12.08.2020

Wczoraj byłam na badaniach, które wypadły zaskakująco dobrze, co prawdopodobnie oznacza, że chociaż jeden z leków przyjmowanych przez ostatnie dwa miesiące zadziałał, super. Dzień bez życia. 10 dni do obozu, wszystko się sypie. Energia na poziomie zero.

Piątek, 14.08.2020

Piąty dzień tygodnia i siódmy “bieg” po badaniach. Wieczorem spotykamy się na mecz, bujanie biodrem i wyjście nad Wisłę. Nakręcam się niepotrzebnie, że może to ostatnie takie wyjście na długo, a może i na zawsze. Uciekam na chwilę do łazienki, by nikt nie widział, że trochę szlocham, a potem angażuję się w tematy angażujące, śpiewam, piję, tańczę i bawię się świetnie.

Sobota, 15.08.2020

Dzwoni Mama. Szósty zmysł, cecha rodzinna. Jakbym nie udawała, że jest ok, ta zawsze mnie wyczuje. Delikatnie pokazuje, że widzi, że się boję, mówi, że w razie czego przyjedzie i że do tematu umierania wrócimy za x lat. Mama jest naprawdę super, kocham nad życie. Gdyby jednak złego diabli brali, proszę, zadbajcie o nią za mnie!

Niedziela, 16.08.2020, późna noc

Wielki tydzień czas start. W sobotę startuje nasz wyjazd, przed wyjazdem ruszam jeszcze do szpitala. Jestem już spokojna. Girl power. Nie będzie żadnego nowotworu, a nawet jeśli się okaże, że mam guza, to rachu ciachu, wycinamy i z głowy.

Aneta mówi, że jestem w czepku urodzona, więc podświadomie czuję, że będzie ok.

A jak będzie, zobaczymy.

Jestem fighterką, tak łatwo się nie poddam.

2 thoughts on “Guz? Poważnie brzmi.

  1. Martuś myślę że tak trochę wiem co czujesz bo mój tata zmarł na raka i u mnie przez przypadek przy badaniach po lekkim wypadku wyszło że mam jakieś cholerstwa w głowie i powinnam to kontrolować bo mogą rosnąć ale nie muszą…( olewam to trochę bo u mnie nic się nie dzieje a poza tym co mi może być;) ) wiem że musisz byś silniejsza niż jesteś w takich momentach podczas rozmowy z mamą bo to przecież ją trzeba chronić i pokazać że nic się nie dzieje ( po raz kolejny nie zniesiesz przecież widoku tych smutnych oczu) ! Ale kochana ciesz się życiem i żyj na milion procent, ciesz się z małych rzeczy! Za silna jesteś żeby coś Cie mogło zniszczyć;) dużo uśmiechu i mnóstwo sił – tego w tym czasie życzę Ci najbardziej!! Mam nadzieję że ludzie na obozie wymienią Ci skrzydełka na większe i będzie przezajebiscie;) Buziaki mała!!

  2. … Długo myślałam co napisać, bo po przeczytaniu w głowie pojawiło się masę myśli, poleciały też łzy.
    Niestety ja nie mam talentu by tak dobrze układać myśli w słowo pisane… Ale się odważę
    Choć znam Ciebie tylko że świata wirtualnego, poprzez blog i instagram, to wierzę, że na każdą istotę trafiamy ” po coś ”.
    W świecie przepełnionym różowymi flamingami, plastikowymi twarzami, jest zajebista babka – która ma nie tylko super nogi, ale i pasję, oraz poukładane w głowie. I ta kobitka komuś takiemu jak ja, z poczuciem własnej wartości zbitym do – 10, schorowanej, pokazuje każdego dnia, że choć życie rzuca nam kłody pod nogi, to trzeba trzymać gardę, iść do przodu zakładając szpilki.
    A że nawet ja, osoba która wstydzi się ubrać krótkie spodenki, o sukience to w ogóle nie ma mowy, patrząc na Twoje wpisy/foty stara się małymi krokami coś zmienić, to znaczy iż robisz ogrom dobrego i wierzę, że w swoim długim życiu jeszcze wiele dobrego wniesiesz do otaczającej rzeczywistości.
    Nie wyobrażam sobie, że za to czynienie dobra miałoby Cię spotkać coś tak okrutnego jak choroba. Więc nie ma mowy o żadnych pogrzebach, pożegnaniach itp
    Jesteś prawdziwą fighterka, babką z jajami i wierzę, że z tego epizodu wyjdziesz z rękoma uniesionymi do góry w geście zwycięstwa.
    I nie próbuj w to wątpić, bo ja z kulawą nogą dojadę do Wawy i wybije Ci głupoty z głowy

    Marta, głowa do góry, cycki do przodu i proszę wiedz, że masa ludzi w Ciebie wierzy… I gdzieś w tym tłumie w Twoim narożniku stoję również ja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *