moja metamorfoza, slider

Czy lekarz zawsze chce Ci pomóc?

Za 230 zł można się wyżywić przez tydzień. Również za 230 zł można się wybrać na dwunastominutową wizytę u lekarza. Nie jest jednak tak, że lekarze zarabiają ponad dziewiętnaście złotych na minutę. Kwota zawiera wykształcenie, doświadczenie, fachową wiedzę, najem, środki czystości i inne równie ważne rzeczy. Czy jeśli kilku z powyższych brakuje, wizyta dalej powinna tyle kosztować?

Żeby było jasne: na zdrowiu nie powinno się oszczędzać. Brzmi to jednak całkiem nieźle w teorii.

W praktyce leczę się od mniej więcej 2,5 roku. Przez ten czas na konsultacje lekarskie, badania, leki czy niezbędne suplementy wydałam ponad 30 tysięcy złotych.

Gdyby nie fakt, że w pewnym momencie trafiłam na doskonałą specjalistkę jaką jest endokrynolog Elżbieta Deptuła-Krawczyk, oraz fakt, że od sierpnia większość badań i wizyt miałam przez NFZ, wydałabym kolejne kilka tysięcy złotych. I uwaga: nie choruję na śmiertelną chorobę. Mam po prostu szereg mocnych zaburzeń hormonalnych, problemów z gospodarką cukrową oraz niewinne coś o wielkości ok 5 mm w głowie.

Moje problemy zdrowotne można więc nazwać PIERDOŁAMI.

Te pierdoły podrzucają mi jednak szereg niekomfortowych objawów; cierpię na bezsenność, potrafię przytyć 18 kg w 3 miesiące (przy solidnej diecie i nawet 9 treningach w tygodniu), mam biust, który na początku miesiąca może mieć rozmiar dużego C, by pod koniec miesiąca mieć rozmiar solidnego H (przy czym ból piersi, który temu towarzyszy, sprawia, że nawet mnie to nie cieszy :)), a gdy mam skok wzrostu prolaktyny, potrafię siusiać dosłownie co 15 minut. Tych objawów jest oczywiście więcej, bo jak ktoś śledzi moją historię, to wie, że gdy choćby mój stan w sierpniu się pogorszył, potrafiłam mdleć kilka(naście) razy dziennie, mieć wielogodzinne zawroty głowy i wymioty po słodyczach (daktyle pożegnałam już na amen).

Nie jem nabiału, od dwóch lat jestem na cateringu, który dostosowuję pod insulinooporność, przez większość leczenia nie piję alkoholu (przez ten czas poważnie upiłam się dosłownie raz, gdy byłam w ciężkiej żałobie po śmierci taty i naprawdę marzyłam tylko o tym, by wyłączyć myślenie).

Podsumowując: niby te moje schorzenia to pierdoły, ale jednak uciążliwe.

Ciążącym jest też fakt, że jeśli nie będę się skrupulatnie leczyć, to lada dzień przywitam się z cukrzycą, potężną otyłością, a problemy z zajściem w ciążę i utrzymaniem jej staną się codziennością.

Gdy trafiłam “pod skrzydła” doktor Elżbiety Deptuły Krawczyk, w rok doprowadziła mój organizm do świetnego stanu – wyniki moich badań były świetne, objawy ustały, schudłam ponad 20 kg, czułam się bardzo dobrze, nie mdlałam, a nawet odstawiłam leki z metforminą.

Być może gdyby w moim życiu nie pojawił się dodatkowy stres (śmierć taty, prowadzenie firmy w czasie pandemii), już by tak zostało. Jednak pod wpływem silnego stresu objawy wróciły, a organizm przestał reagować na leki.

…i w końcu do brzegu!

I tak właśnie po kolejnych wizytach w szpitalach i potwierdzeniu dotychczasowych diagnoz, postawiona została kolejna – PCOS (policystyczne jajniki – kolejna niby “pierdoła”). Tym razem jednak musiał potwierdzić ją ginekolog.

I tak właśnie w piątek trafiłam do doktor Bogny Sobkiewicz.

Same “piątki” na “znanym lekarzu” (zawsze sprawdzam ocenę lekarza nim się zapiszę, by nie tracić czasu na tych, którzy innych zawiedli), specjalistka leczenia niepłodności, dodatkowo endokrynolog. Byłam przekonana, że to lekarz dla takich trudnych przypadków jak ja. Szkoda, że nie sprawdziłam, że 27 na 81 opinii zawiera w sumie jedno i to samo stwierdzenie, co być może jest przypadkiem, ale jednak wydaje mi się być podejrzane.

Na wizytę zawsze przychodzę z kompletem aktualnych wyników badań oraz skrupulatnie zapisanymi objawami, które wydają mi się mieć związek.

Niektóre z objawów wg lekarki nie miały nic wspólnego z moimi problemami (choć wg wszystkich lekarzy, dietetyków i specjalistów, z którymi rozmawiałam do tej pory, jest inaczej).

Inne zostały lekko wyśmiane (!) (“jak mam ocenić czy ma pani problem z męskimi hormonami, skoro ma pani ogolone nogi“), jeszcze inne zostały zignorowane.

Lekarka powiedziała, że po prostu będę mieć problem z wagą, bo mam insulinooporność (mam ją przez cały czas, a jednak wcześniej przy odpowiednim leczeniu udało mi się schudnąć ponad 20 kg).

Nie zapytała (!!!) ani o to jakie biorę leki, ani o dawkę leków, nie zapytała o to jaką mam dietę, czy trenuję.

Nie powiązała hiperprolaktynemii z rosnącą wagą, wręcz stwierdziła, że to bez związku. Gdy powiedziałam, że moje piersi potrafią zmienić wielkość o 6 (!!!) rozmiarów oraz, że “łapię wodę” nawet do 5 (!!!) kilogramów dziennie, w ogóle tego nie skomentowała. Może nie jestem lekarzem, ale choćby większy biust, zawsze waży więcej niż mniejszy, to dość logiczne.

Pierwszy raz byłam u ginekologa, który podczas wizyty NIE ZROBIŁ mi badania piersi (być może to standard, ale przez 15 lat chodzenia do ginekologa, zdarzyło mi się to pierwszy raz).

Lekarka zapytała mnie o ostatnią cytologię, a gdy powiedziałam, że ostatnią miałam rok temu, zapytała czy robimy dziś czy czekamy. Przyznaję, zbladłam. Wszędzie się trąbi, by wykonywać cytologię raz w roku, bo badanie to pozwala wykryć raka szyjki macicy, który jest przyczyną śmierci aż 5 Polek dziennie. Jeśli lekarz nie namawia na regularne badanie, to kto ma namawiać?! Może wg Pani Doktor byłoby lepiej, gdybym na badanie przyszła za miesiąc i ponownie zostawiła u niej 230 zł?

Sterylne warunki? Generalnie bez zastrzeżeń. Jednak podczas badania nie miałam nic podłożonego pod łydki – choćby papieru jednorazowego – a papier na fotelu, lekarka położyła dopiero po tym, gdy na nim nie usiadłam – wzięła papier z leżącego obok łóżka zamiast rozłożyć nowy “z rolki” – nie mam pewności czy ktoś przede mną na nim nie siedział, a tyle się trąbi, by w obecnych czasach szczególnie zwracać na to uwagę. Jestem też prawie przekonana, że lekarka nie miała na sobie maseczki… Bez komentarza. Sprawdzałam po badaniu opinie o klinice w Google i jeśli tak było, nie był to pierwszy raz w tym miejscu.

…i na koniec wisienka na torcie!

Po badaniu lekarka stwierdziła, że nie widzi nieprawidłowości (nie jestem lekarzem, więc nie będę się wypowiadać przed konsultacją z innym specjalistą, ale jednak opis wykonanego badania, wg mnie rodzi jednak wątpliwości). Stwierdziła, że mój stan jest dobry (ciekawe czy czytała statystyki mówiące o tym jak często przy takich wynikach z jakimi do niej przyszłam dochodzi do poronienia – ja czytałam i raczej ciężko określić ten stan dobrym). I uwaga! Lekarka stwierdziła, że nie potrafi odczytać niczego z badań zrobionych mi w szpitalu, które jej przyniosłam (przyszłam z wydrukowanym plikiem i nie tylko) i że mam wykonać 9 badań ponownie.

Nieświadomym uzmysłowię, że koszt każdego z tych badań to od ok 30/40 do 70 zł. Miałabym więc wydać 230 zł za piątkową wizytę, kilkaset złotych za ponowne badania i ponownie 230 zł za konsultację badań. 8 z 9 wymienionych badań, miałam ze sobą. Niektóre z badań, które proponowała zrobić, miałam w ciągu 4 miesięcy zrobione 3 razy i z tymi właśnie wynikami przyszłam.

Jeśli lekarz nie potrafi wywnioskować niczego np. z trzech wyników badania testosteronu, to co zmieni czwarty wynik?

Lekarka zapisała mi też badanie poziomu witaminy D. Gdy powiedziałam, że wynik jest na kartce i wynosi “70” (norma jest do 100), naburmuszyła się i stwierdziła, że to stanowczo za wysoki wynik (nigdy nie spotkałam się z taką opinią, wręcz wielokrotnie słyszałam, by przy insulinooporności mieć zawsze witaminę D na poziomie powyżej 70).

…i może nawet wszystko to bym zrozumiała, gdyby lekarka miała 80 lat, ale Google podpowiada, że to lekarka rok starsza ode mnie. Rozumiem, że ktoś, kto jest w “solidnym” wieku, może być średnio zorientowany w tych “nowoczesnych” schorzeniach i chorobach. Jednak IO, problemy hormonalne czy Hashimoto, dotykają dziś tak wielu osób, że nie jestem w stanie pojąć jak można mieć tak byle jakie podejście.

Dlaczego o tym piszę?

Od kiedy zaczęłam pisać o swoich problemach ze zdrowiem, nie ma dnia bym nie dostała kilku / kilkunastu wiadomości od czytelników. Piszecie o ignorancji lekarzy, o tym, że jedyną diagnozę, jako postawił Wam lekarz, to ta, że cierpicie na obżarstwo i lenistwo. Chwalicie się też swoimi sukcesami, gdy razem z lekarzem doszliście do tego co Wam jest i widzicie efekty leczenia.

Proszę, przyglądajcie się swojemu organizmowi i nie dajcie sobie wmówić głupot, jeśli czujecie, że robicie wszystko dobrze. Szukajcie badań, rozmawiajcie z innymi chorymi, sprawdzajcie grupy wsparcia (ja polecam “insulinooporność-grupa wsparcia” na fb, która była dla mnie kopalnią wiedzy). Nim ja trafiłam do wspomnianej endokrynolog, która wzięła mnie w obroty, zaczynałam wpadać w paranoję jedząc jogurt naturalny (bałam się, że to zbyt słodkie jedzenie i przytyję). Jeśli macie wątpliwości co do swojego lekarza, idźcie skonsultować to z innym (i zawsze solidnie sprawdzajcie opinie na jego temat).

Zdrowie mamy jedno. Jeśli nie zadbamy o nie przy tak z pozoru “błahych” problemach, szybko pojawią się te poważniejsze.

Ja jutro wracam do mojej lekarki ustalić co dalej. Choć czasem ręce mi opadają, nie poddaję się. Wbrew temu co usłyszałam w piątek, wiem, że przy odpowiednim leczeniu DA SIĘ doprowadzić swój organizm do ładu. Wystarczy być tylko pod opieką lekarza, który czuje powołanie. NIE mówię, że lekarka, u której byłam w piątek tego powołania nie miała. Wiem jednak, że zrobiła wystarczająco dużo, bym każdemu z Was mogła powiedzieć “nie polecam”.

Ściskam i dużo zdrówka!

2 thoughts on “Czy lekarz zawsze chce Ci pomóc?

  1. “Jestem też prawie przekonana, że lekarka nie miała na sobie maseczki…” To zdanie średnio jest dla mnie zrozumiałe. Będąc z kimś “twarzą w twarz” człowiek jest pewien czy ten ktoś ma maseczkę czy nie ma, dlatego tym bardziej nie rozumiem tego stwierdzenia.
    A co do samej lekarki, też na taką trafiłam kazała mi zrobić komplet badań, gdzie po wizycie od razu miałam pobraną krew i zapłaciłam 800zł, jeszcze rzuciła do mnie głupim pytaniem dlaczego mam grube kostki😂 już do niej nie wróciłam. Dużo zdrowia życzę 😊

    1. Jasne, masz rację. Jednak po wizycie byłam tam wściekła, że nie miałam już pewności czy sobie tego nie wkręciłam 🙂 „grube kostki” – nieźle 🙂 zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *