lifestyle, slider

…a miało tu już nic nie być, czyli co tam w 2021?

Po dwóch najgorszych latach nie spodziewałam się cudów. Całkiem niesłusznie. Kosmos.

Styczeń, szóstego.

Ze znajomym piję wino. Druga rocznica firmy, dobra okazja. Mówi, że nie znam siebie nic a nic, że lepiej ode mnie wie kim jestem i co mnie czeka. Wróży radosny czas i jeszcze nie wiem, że się nie myli. Pukam się w czoło. Kilka miesięcy później, co do słowa przyznam mu rację.

Dym z papierocha, Spotify bardziej niż zwykle, cholernie pięknie. Dzień dobry styczniu, jest super.

Styczeń, ogólnie.

Postanawiam postanawiać. Robię listę sześciu noworocznych postanowień i trzech największych kompleksów do pokonania.

W styczniu biorę się pierwszy z nich. Lata męki, dwugodzinna wizyta. Ulga, gotowe. Nie mogę uwierzyć. Przez kilka nocy śnię, że jednak się nie udało.

Mam wrażenie, że wszyscy znajomi widzą we mnie tylko moją zmianę. Tymczasem nie zauważa jej prawie nikt. Nawet ci, którym mówiłam, że szykuję przełom swojego życia, nie wiedzą co zmieniłam. Mój największy kompleks, pokonany, pozostał niezauważony. W sumie uff.

Luty

Dużo czytam, jeszcze więcej rozmawiam. Często piję wino w dobrym towarzystwie, bawię się świetnie. Reszta pod cenzurą.

Marzec

Po ponad pięciu latach kończę współpracę z Akademią Boksu i ostatecznie decyduję się zrobić obóz bokserski. Umieram ze strachu. Co, jeśli nikt się nie zapisze? Siedzę, kombinuję, rozpisuję, ogłaszam. Ruszają zapisy, piszą chętni, oddycham z ulgą.

Kwiecień

Kiedy wrzucam na stories fotorelację z kąpieli w czarcim żebrze, wszyscy pytają gdzie je kupić.

Po co odsyłać do kogoś, jak można do siebie?

Wpadam na pomysł: otworzę sklep z suplementami, witaminami, ziołami. Tylko porządny asortyment, który poleciłabym prywatnie.

Biorę zeszyt, kalkulator. Szybka decyzja. Działamy.

Maj

W majową noc trafiam do SOR. Dwa dni później ponownie. Po koszmarnej, nieprzespanej nocy, w sobotni poranek trafiam do szpitala po raz trzeci. Sprawdzają wątrobę. Cholera. Jeśli okaże się, że mam problemy z wątrobą, to będzie naprawdę niesprawiedliwe.

Zapłakana wracam do domu. Przed blokiem spotykam znajomego piłkarza, czuję, że wyglądam jak gówno i że wolałabym schować się przed całym światem. Pękam, trochę płaczę, co nie zdarza mi się przy ludziach z pracy.

Kładę się do łóżka, czekam na wyniki. Wyniki są ok. Trzy dni później trafiam do szpitala po raz czwarty. Dalej wiadomo, że nic nie wiadomo. Informuję lekarza, że przechodzę na post leczniczy. W pełni świadoma, że mogę sobie zaszkodzić, ale „i tak wszystko mi szkodzi”. Po trzech tygodniach postu czuję się jak nowonarodzona. Dolegliwości przechodzą. Odbieram wyniki i jestem w szoku. Nie pamiętałam tak dobrych wyników. Wszystkie hormony i cukier w normie. Rezonans potwierdza poprzednie diagnozy. Oddycham z ulgą.

Czerwiec

Od potencjalnych klientów obozu słyszę, że konkurencja próbuje podłożyć mi nogę. Jestem zażenowana, bo są zachowania, których po niektórych po prostu się nie spodziewasz. Przez lata przyzwyczaiłam się jednak, że ludzie w naszym życiu, pojawiają się i odchodzą. Nic to, pieprzę. Fokus na cel, robimy swoje.

Przy okazji gubię wagę. Pierwszy raz od dawna wbijam się w pończochy i nie czuję zażenowania. Kolejny miesiąc bawię się świetnie.

Zawodowo rozkwitam. Dostaję tak dużo propozycji współpracy, że już prawie wszystkie odrzucam. Co jeden projekt, to fajniejszy. Pęka mi serce, ale wizja powrotu do pracoholizmu i wypalenia zawodowego, szybko stawia mnie do pionu.

Lipiec

To trzeci lipiec od kiedy prowadzę firmę. Poprzednie dwa były najlepszymi miesiącami roku. Tym razem stawiam sobie super ambitny cel finansowy na ten miesiąc. Celu nie udaje się zrealizować, ale i tak czuję, że moje życie wskoczyło na jakiś lepszy level.

Trzydziestego pierwszego rusza obóz bokserski.

Sierpień

Padam ze stresu i nadmiaru pytań, ale jestem zadowolona. 51 treningów, 3014 wysłanych maili, 70 obozowiczów! Sprawdzam wyniki anonimowych ankiet, wypełnionych po wyjeździe i… mamy to! Schodzi stres, pękam z dumy. Obozem cieszę się po obozie, ale lepszy rydz niż nic. Ogłaszam kolejny, zapisy idą nieźle. Uśmiecham się do siebie; dobra robota Marta!

Robię trzecie podejście do obozu piłkarskiego. Kurczę, ile można? Spotykamy się na Saskiej, nieco modyfikujemy plany. Dogadane, ruszam, działam. Czuję, że wskoczyłam na piękną karuzelę. Jeszcze nie czuję, że zaraz z niej zlecę i rozbiję sobie łeb o beton.

Pierwszy raz od stu lat umawiam się na randkę. Nie dość, że facet jest w sumie moją konkurencją, to jeszcze dodatkowo prowadzi mój wymarzony biznes, na który ja jeszcze nie mam pieniędzy i odwagi. Przez dwie sekundy krew zalewa mnie z zazdrości, ale później przypominam sobie, że nie jestem zawistna, kibicuję mu, lekko się upijam i śmieję się przez długie godziny.

Wrzesień

Sprawdzam towar do sklepu, zamawiam. Startuje mój wymarzony sklep z ziołami, witaminami i zdrowym jedzeniem – www.alechwasty.pl

Czy jest kolorowo? Ależ skąd. Już na starcie ktoś mnie oszukuje, ktoś inny okrada. Limit błędów osiągnięty w jak zwykle błyskawicznym czasie. W poprzednich latach krew by mnie zalała, ale dziś? Pieprzyć to, robię swoje i idę dalej.

Do Polski przylatuje Kris. Czuję się jakbym po latach spotkała najbliższą rodzinę. Dobra energia.

Październik

W październiku olśnienia. Pierwsze: śni mi się, że prowadzę kolejną działalność. Rano budzę się i stwierdzam, że dokładnie taką chcę otworzyć. Wzorem poprzednich lat biorę kartkę, długopis, kalkulator. Liczę i jestem zdecydowana. Mam nadzieję, że do marca 2022 wystartuję. Happy.

Drugie: pobudka, ktoś mi przypomina, że gdzieś kiedyś zgubiłam sumienie. Odnalezione mnie zajeżdża. Przez dobę wymiotuję i płaczę z nerwów. Pora się ogarnąć.

Dziesiąty miesiąc cisnę noworoczne postanowienia. Nie wszystkie, większość.

W międzyczasie pozbywam się drugiego kompleksu, choć to raczej milion żmudnych godzin pracy. Do pozbycia pozostał już tylko jeden paraliżujący kompleks, ale polegam. Będzie co robić w przyszłym roku. Fuck.

Listopad

Siłownia, książki, podcasty zamiast terapii. Kolejny przełom. Tym razem przywitanie się ze świadomością swoich ograniczeń. Jak nigdy wcześniej dociera do mnie, że mam ze sobą potężny problem. Wybucham, wypłakuję się i czuję się upośledzona emocjonalnie do granic możliwości.

Znów mam problemy zdrowotne. Dostaję pierwszy „atak”, jestem przerażona. Gdy wysyłam mamie zdjęcia, dzwoni i zaczyna od „nie rycz”. Ryczę całą noc. Mam ochotę wyjść z domu i wyć, że życie jest niesprawiedliwe. Ile można?

Mam absolutnie dosyć. Co tym razem? Dlaczego znowu ja? Szybko się zbieram, choć chwilami mam ochotę obrazić się na Pana Boga. Przez kilka dni boję się jeść, boję się kąpać, boję się dotykać. Ale i to pieprzę. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Mowę pożegnalną już przecież raz napisałam, muszę ją tylko na „w razie czego” znaleźć. Śmiech.

Grudzień

Kolejny raz tonę w pracy. Tym razem na własne życzenie. Niewiele śpię w nocy, nieustannie odsypiam w dzień. Moja produktywność spada do zera. Wkurzam się. Wkurzam na wszystko; siebie, nadmiar pracy, powiadomienia w telefonie, dostawców, pogodę, w s z y s t k o.

Rozmawiam ze znajomym, tym ze stycznia. Przypomina mi wszystko, albo to ja przypominam sobie każde z jego słów. Sprawdziły się co do joty. Siedzimy w parku, pijemy kawę, pada śnieg. Dobra wróżka, chyba, nie wiem.

To był naprawdę rozwojowy rok. Maksymalnie zmieniłam swój stosunek do biznesu, rozwinęłam się duchowo, zauważyłam las swych ułomności.

Coraz mniej poważnie podchodzę do siebie i życia, coraz częściej wiem czego chcę i na co sobie już nie pozwolę.  

Najlepsze przede mną. Czuję to.